Landmannalaugar

Dotychczas na księżycu postawiło stopę zaledwie 12 osób i zdecydowanie żadna z nich nie jeździła po nim autostopem. Jeżeli komuś jednak marzy się tego typu futurystyczny sen, podobnych doznań może szukać odwiedzając Landmannalaugar na Islandii. Właśnie tam najlepiej odbyć rajd po zastygłych i ciągnących się po horyzont polach lawy, poprzez bezludne bezdroża oraz kratery wygasłych wulkanów.

Wrześniową porą, podczas dwutygodniowej wycieczki wokół wyspy, ja i niestrudzony włóczykij Asia postawiłyśmy sobie za cel wyprawę do surowego, islandzkiego interioru. Większość mieszkańców podziela zdanie, że choć ciężko dostępne, to właśnie wnętrze wyspy skrywa najpiękniejsze i najbardziej zaskakujące formy rodem z kosmosu. Zjazd z jedynej głównej drogi A1 wymaga zwykle pojazdu z napędem na cztery koła. W tym wypadku przez pierwszy odcinek prowadzi asfaltowa, polna droga. Jedyny problem, jaki może się pojawić na tym etapie, pojawiający się nagminnie w niektórych regionach, to zwyczajny brak pojazdów. Na kolejnego z nielicznych mieszkańców, którzy wybierają się w te strony doglądać swoje konie czy barany, trzeba czekać nieraz pół godziny. Mijając wodospad o wdzięcznej nazwie Hjálparfoss i zerkając w dal, da się spostrzec uznawany za najniebezpieczniejszy, wciąż aktywny wulkan Hekla. Ostatnia erupcja odbyła się w roku 2000, a biorąc pod uwagę, że wybuchy były datowane co 10 lat można spodziewać się, że wkrótce będziemy świadkami kolejnych zjawisk sejsmicznych. Po niedługim czasie wjeżdża się na drogę F224, na której nie pozostaje nic innego jak kierować się śladami innych czterokołowców. Nas zaprosiła do swojego campera rodzina Szwajcarów.

 

 

Landmannalaugar leży w Rezerwacie Natury Fjallabak na skraju pola lawy Laugahraun, uformowanego niedawno, bo w XIV wieku. Nosi również miano gór tęczowych, za sprawą niesamowitych kolorów tworzących nieziemski krajobraz. Niejednokrotnie uznany najbardziej zachwycającym miejscem Islandii. Na miejscu znajduje się baza wypadowa dla wędrowców, a także gorąca rzeka, w której można zażyć darmowej kąpieli. Podobno w okolicach lipca funkcjonuje camping, gdzie rokrocznie coraz większej turystów rozstawia swoje namioty.

 

 

Bezkresne, puste przestrzenie, kolorowe szczyty, rzeka wypływająca z lodowca będącego na wyciągnięcie ręki są wystarczającym powodem by odbyć po tym terenie mały trekking. W naszym wypadku niestety jedynie kilkugodzinny. Szkoda, bo teren jest wręcz idealny do większej eksploracji. Istnieje kilka popularnych szlaków, najbardziej znanym jest Laugavegur ciągnący się przez 53km aż do Þórsmörk, którego pokonanie zajmuje cztery dni. Można go wydłużyć aż do jednego z najładniejszych wodospadów Skógar przechadzając się wzdłuż lodowca Eyjafjallajökull.

 

 

   

 

Kilka stuleci wstecz (jeśli ktokolwiek zdołał się tu zapuścić), ta okolica mogła być uznawana za bramy piekieł. Porozsiewane wzdłuż i wszerz mikrogejzery, a także dym wydobywający się z ziemi sprawiają, że w powietrzu unosi się zapach siarki. Kuszącą wizją było wskoczenie na połacie śniegu, które nie zdążyły jeszcze stopnieć (o ile kiedykolwiek topnieją), ale rozum podpowiadał, że lód pod koniec lata jest już kruchy, a pod spodem czyha przepaść. Niedoczekawszy się rozstąpienia ziemi ruszyłyśmy w drogę powrotną błądząc wśród labiryntu skał wulkanicznych. Po znalezieniu najbardziej płaskiego kawałka ziemi rozstawiłyśmy namiot, czekając na baldachim gwiazd i trzymając kciuki, że tego dnia w końcu zobaczymy zorzę.

 

 

Islandia leży tuż pod kołem podbiegunowym, więc pod koniec lata temperatura w nocy spada już poniżej zera. Ku pokrzepieniu naszych serc, przed spaniem napełniłyśmy termofory wodą z ciepłego źródła. Przy nikłym świetle księżyca można zabłądzić, więc lepiej unikać nocnych eskapad. Po rześkim poranku, ściągnięciu z siebie piżamy złożonej z miliona ciepłych wartw i zjedzeniu treściwego posiłku przyrządzonego na niezawodnym palniku gazowym nadszedł czas by wrócić na znaną i lubianą A1. Uzupełniłyśmy zapasy wody lodowcowej i już po chwili zaczepiła nas hipisowska para ze Stanów. Niedługo potem pomknęliśmy w stronę jako takiej cywilizacji przy akompaniamencie rock’n’rolla.

Zdarzają się szaleńcy, którzy pokonują cały dystans samotnie na rowerze: BikeTrippin.

 

Kategorie

Marcelina Opublikowane przez:

komentarze 3

  1. Achim
    10 stycznia 2017
    Odpowiedz

    Świetnie! czytając tą jakże piękną (choć tak krótką) opowieść wyobrażam sobie to wszystko czego doświadczyłyście i od razu czuję ducha przygody!
    Cieszę się, że palnik był niezawodny 😀

    Pozdr0 Achim

  2. ciocia i babcia
    14 stycznia 2017
    Odpowiedz

    Moje klimaty! jak cudnie świat wygląda bez masy ludzi. Będąc w pięknym pustkowiu, ociera się o tajemnicę, prawda?
    Przytulam! 🙂

  3. Janusz i Lucyna Żurkowie
    18 lutego 2017
    Odpowiedz

    Idealny teren do treningu przed wyprawą na Marsa ! Kandydaci powinni pomieszkać tam ze dwa lata w małej, izolowanej grupie. I tak by mieli warunki o niebo lepsze, niż na Marsie, a próbę charakterów wymarzoną. Sami Islandczycy zapewne wolą mieszkać na wybrzeżu w większym towarzystwie. Ale widoki pokazane – wspaniałe !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.