Betlejem

Zbliżają sie Święta. Na tydzień przed jest już ciężko znaleźć osobę, która nie uległa pokusie odtworzenia choć raz składanki ze świątecznymi przebojami. Niebawem każdą stację radiową zdominują kolędy i chcąc nie chcąc sami zaczniemy je podśpiewywać. Jak naprawdę wygląda miejsce leżące u źródła tego całego grudniowego zamieszania? Niedawno miałam okazję przekonać się na własne oczy. Przyznaję, że kilka rzeczy szczerze mnie zakoczyło. Poniżej relacja z miejsca, do którego przybieżeli pasterze.

Betlejem to muzułmańskie miasteczko. Jest położone na Zachodnim Brzegu Jordanu w Autonomii Palestyńskiej, zaledwie 10km od Jerozolimy. Od wielu lat przechodzi z rąk do rąk, bedąc świadkiem i bez wątpienia ofiarą nieustannych konfliktów toczących się pomiędzy Izraelem, Palestyną, a w przeszłości również Jordanią. Obecnie faktyczną kontrolę nad 25-tysięcznym miasteczkiem sprawuje rząd izraelski. Wybierając się do Betlejem, czy jakiegokolwiek innego palestyńskiego miasta z Jerozolimy, należy udać się na specjalnie wyznaczony palestyński dworzec autobusowy. Znajduje się on w arabskiej dzielnicy, niedaleko murów starego miasta. Z jednej części dworca odjeżdżają marszrutki (mini busy), a z drugiej normalne autobusy. Należy wsiąść do autobusu nr 231.

 

 

Przy wjeździe do Zachodniego Brzegu nie ma żadnych kontroli granicznych. Przez Betlejem przebiega jedna główna droga, przy której znajduje się niepozorny przystanek, oznaczony jedynie znakiem. Po wyjściu z autobusu zostałam otoczona przez natrętnych taksówkarzy, oferujących podwózkę do bazyliki za 10 szekli (10 złotych). Nie skorzystałam, lecz wydaje mi się, że wielu ludzi daje się namówić. Wbrew oczekiwaniom, wokół nie ma żadnych tabliczek wskazujących, jak dojść tam pieszo. Na mapie sprawdziłam, że kościół znajduje się na Placu Manger, który jest oddalony od przystanku o jakieś 20 minut drogi w górę. Początkowo miasteczko nie wywarło na mnie zbyt przyjaznego wrażenia. Droga prowadzi przez hałaśliwy bazar, pełen ulicznych sprzedawców. Jednak wraz ze wzrostem wysokości atmosfera zmienia się, a w kolejnych bocznych uliczkach panuje coraz większy spokój. Gdy się zgubiłam, zamiast natrętnych taksówkarzy zaczepił mnie miły student, który zaprowadził mnie na miejsce ciesząc się, że może mi pomóc.

 

 

Ze wzgórza rozciąga się widok na miasto. Kościół nie robi wielkiego wrażenia, tym bardziej, że w czasie mojej wizyty znajdował się w remoncie. W pobliżu jest widoczny znacznie okazalszy meczet Umara, z którego muezini tradycyjnie nawołują do modlitwy. W tym miejscu można ewidentnie zaobserwować, jak mieszają się kultury. A dokładniej, jak kultura islamska wypiera chrześcijańską. Powodów jest kilka. Po pierwsze ludność muzułmańska charakteryzuje się dużo wyższym przyrostem naturalnym. Po drugie, żydzi i muzułmanie są negatywnie nastawieni do chrześcijan, co skłania ich do emigracji, która przychodzi im z dużo mniejszym trudem. Ciekawym zwyczajem jest to, że burmistrzem Betlejem zawsze jest chrześcijanin, jednak w związku ze stale zmniejszającą się liczbą wyznawców tej religii można mieć wątpliwość, czy ów zwyczaj przetrwa.

 

 

Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu, żeby zobaczyć przede wszystkim jedno miejsce – grotę, w której według tradycji narodził się Jezus. Znajduje się ona pod głównym ołtarzem, w podziemnej krypcie. Według historii, w IV wieku odszukała ją matka Konstantyna Wielkiego – Helena. Niedługo potem powstała Bazylika Narodzenia Pańskiego, która przetrwała do dziś. Pomimo tego, że nie widziałam wcześniej wielu turystów, kolejka do krypty była ogromna, a czekanie w niej zajęłoby kilka godzin. Gdy byłam bliska wyjścia, nie chcąc tracić dnia w tłumie, podszedł do mnie mężczyzna, jak się po chwili okazało, muzułmanin. Powiedział, że pracuje jako przewodnik i pokaże mi jak wejść bez kolejki! Opiekę nad obiektem sprawuje Grecki Kościół Prawosławny, a w trakcie odbywającego się co jakiś czas nabożeństwa nikt nie może przebywać pod ołtarzem. Zwiedzający wchodzą w prawej strony, a wychodzą z lewej. Napotkany przewodnik zaprowadził mnie jednak na lewą stronę i poprosił strażnika, by ten tuż po zakończeniu pozwolił mi wejść. Razem ze mną bylo kilkoro ludzi, więc polecam ten sposób – ma się kilka minut spokoju.

 

 

Czasami nawet mnie samej ciężko uwierzyć w to co napotykam na swojej drodze i mam wrażenie, że gdziekolwiek nie pójdę, tam ktoś już na mnie czeka. Tym razem trafiłam do sklepu George’a i spędziłam w nim godzinę popijając piwko i słuchając historii o okolicy. Całe Betlejem utrzymuje się z turystyki, ale oprócz taksówkarzy nie spotkałam nikogo, kto chciałby mi na siłę coś wcisnąć, czy sprzedać. George okazał się sprytnym mistrzem marketingu i przed wejściem miał zamontowany głośnik. Gdy popisywał się znajomością polskich hitów, puszczając muzykę na YouTube, ta rozbrzmiewała także na zewnątrz. Po chwili dobiegł mnie z ulicy charakterystyczny gwar polskich babć, a już po chwili pielgrzymka zawitała w nasze progi, zachęcona moim zaproszeniem. Panie dopisały sobie oczywiście swoją historię i zostałam sprzedawczynią, podczas gdy właściciel wyciskał im przepyszne soki z granatu. Zabrakło mi słów, gdy powiedział, że jest couchsurferem (nic mnie już nie zdziwi) i zaoferował nocleg w swoim rodzinnym domu. Co więcej, był palestyńskim chrześcijaninem. Od niedawna prowadzi też hostel (link).Niestety odmówiłam, musiałam wrócić do mojego jerozolimskiego hosta – Żyda ateisty.

 

 

Podczas rozmowy dowiedziałam się, że w Betlejem jest graffiti autorstwa Banksy’ego – street art w jego wykonaniu zazwyczaj zawiera pacyfistyczny, antywojenny przekaz. Wyruszyłam więc na poszukiwanie. Nikt nie potrafił mi pomóc, miejscowi nie rozumieli o co pytam. Trafiłam jednak na trop ‚Banksy shop’u’ i udałam się w tamtą stronę sądząc, że tam ktoś wskaże mi drogę. Szłam i szłam, aż nagle zobaczyłam mur. Ośmiometrowy, betonowy mur pokryty graffiti oraz tablicami, opisującymi historie osób, które doświadczyły wojskowej okupacji ze strony Izraela. To właśnie ten kraj wybudował go 10 lat temu. Miejsce przywodzi na myśl Mur Berliński, a Checkpoint 300, który jest punktem wjazdowym do miasteczka to swoisty odpowiednik Checkpoint Charlie. W okolicy istnieje jeszcze kilkadziesiąt innych blokad, które utrudniają Palestyńczykom życie i izolują mieszkańców od zachodu.

 

 

Pierwsze graffiti, które zauważyłam przedstawiało żołnierza z chłopcem (na zdjęciu powyżej). W prawym dolnym rogu widnieje podpis Banky’ego, jednak nie jest to jego dzieło. To, czego szukałam zdobi zwykły budynek mieszkalny w bocznej uliczce – gołębica w zbroi.

 

 

Słońce chyliło się ku zachodowi, nadszedł czas, by ruszyć w drogę powrotną. Tym razem autobus był tak zatłoczony, że ledwo udało mi się wcisnąć do środka. Gdy zbliżyliśmy się do granicy, wszyscy mieszkańcy Autonomii Palestyńskiej wyszli na zewnątrz, by stanąć w długiej kolejce i okazać żołnierzowi dokumenty uprawniające do wjazdu na teren Izraela. Jedynie kilka procent obywateli Betlejem posiada ową przepustkę, co uniemożliwia wielu ludziom podjęcie pracy w Jerozolimie. Kierowca wykorzystał ten czas na sprzedaż biletów, a paszporty turystów zostały sprawdzone w środku. Cała procedura wydłużyła powrót o blisko pół godziny. Wolę nie wyobrażać sobie, co dzieje się tam codziennie o poranku.

 

Kategorie

Marcelina Opublikowane przez:

komentarzy 5

  1. ciocia i babcia
    22 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Przebieg zdarzeń i odnajdywane cele — zapierają dech! jeszcze! 🙂

  2. Janusz i Lucyna Żurkowie
    23 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Znakomita, dziennikarska robota !

    • Marcelina
      11 stycznia 2017
      Odpowiedz

      Dziękuję serdecznie i przesyłam pozdrowienia! : )

  3. Ciocia S.
    29 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Interesujący wpis i piękne zdjęcia. Gratuluję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.